Jest ich co najmniej kilka, zlokalizowanych w różnych częściach świata. Przyciągają najbardziej odważnych, szalonych i kochających ten sport ludzi. Nie bez kozery zawodnicy profesjonalni innych serii wyścigowych takich jak MotoGP czy WSBK mają zakaz startu w tego typu wyścigach, gdy są zakontraktowani w zespole wyścigowym. Są na tyle szalone, że co roku kilku zawodników ginie roztrzaskując się o betonowe murki, drzewa czy budynki, niekiedy zabijając przy okazji także kibiców, których to przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy aby obserwować dowagę i umiejętności swoich idoli.

Tourist Trophy, bo o tych wyścigach mowa nabierają coraz większego rozpędu i popularności. Dziś postanowiłem napisać kilka słów na temat moich spostrzeżeń i fascynacji tą odmianą wyścigów. Interesuje mnie także Wasze zdanie na ten temat, dlatego zapraszam do kontaktu prywatnego i komentowania dzisiejszego wpisu. Niniejszy tekst to chyba także koło ratunkowe dla mnie bo tak się składa, że już od 3 lat (jeszcze przed startami w wyścigach torowych) intensywnie myślałem o udziale w takim wyścigu. Jednak ciągle brakuje mi jaj do podjęcia konkretnej decyzji o pojawieniu się na gridzie wyścigów drogowych. Może po prostu nie jestem jeszcze na to gotowy? Może ten tekst zmieni moje nastawienie i rozładuje paniczny strach w mojej głowie…

Rodzina wpiera mi, że to są wyścigi dla czubków i żebym o nich zapomniał. Bowiem w imię czego tak ryzykować własnym życiem, a także narażać innych (współzawodników, czy kibiców siedzących metr od drogi) na jego utratę? W najlepszym wypadku, gdy pójdzie coś nie tak zapłacimy poważną utratą zdrowia lub kalectwem. Kasa, sława, odwaga, szpan, adrenalina, rywalizacja? Czy to wszystko jest warte takiego ryzyka? Coś w tym chyba jest, że trzeba być trochę świrniętym i lekkoduchem, aby wyzbyć się lęku i niepotrzebnej kalkulacji zysków i strat. Grając na Xbox-ie w grę zatytułowaną „TT Isle of Man: Ride on the Edge” istotnie da się odczuć, że jest to jazda na krawędzi. Wszystko, co nas otacza, przemyka nam obok motocykla, czasem obok ramienia lub głowy w tak bliskiej odległości, ze chyba da się odczuć przepływ powietrza pomiędzy nami, a mijaną instalacją ogrodzenia, ściany domu lub drzewa. To coś na wzór wymijającego nas tira, gdy podmuch rzuca naszym motocyklem na prawo i lewo. Nierzadko jest to bowiem 320km/h w odległości 1m. (!) od betonowego murku, albo jakiegoś rudego chłopaczka nagrywającego nasze szaleństwo smartfonem, gdzieś na poboczu trasy. Istne wariactwo!

Takich wyścigów organizowanych jest na świecie co najmniej kilkadziesiąt. Chyba każdy motocyklista słyszał o Tourist Trophy na wyspie Man, który jest mekką drogowych wariatów. Raz w roku jest tam jedna wielka, tygodniowa motobalanga i niemal zawsze kilka trupów. Słowem święto mtocyklistów i danse macabre. Nie mniej jednak taniec śmierci możemy zobaczyć także dużo bliżej naszego kraju. Bowiem już kilkadzisiąt kilometrów od Polsko-Czeskiej granicy, w Horicach organizowane są zawody pod nazwą „300 zatáček Gustava Havla” nazwane tak na cześć zasłużonego dla Czechosłowackiego motorsportu zawodnika. Kolejne znane zawody odbywają się w Terlicku pod nazwą „Terlicky Okruch„. Jest tego w całej Europie oczywiście dużo więcej, ale te zawody chyba najbardziej zapadają polskim motocyklistom w pamięć. Podobnie jak spektakularne dzwony, podczas których urywane są koła, tłumiki, pękają ramy, a w niebo wylatują wyrwane z nich silniki.

Zatem Jechać? Nie jechać? Ryzykować, czy może jednak zostać na torach zamkniętych, na których mamy bufory bezpieczeństwa w postaci pułapek żwirowych, oddalonych barier, opon itd., które jak pokazał miniony sezon wyścigowy i tak nie gwarantują, że wyjdziemy z opresji cało? Guy Martin, jeden z najsłynniejszych zawodników Isle Of Man stwierdził niegdyś, że wyścigi na torze wyścigowym można porównać do wspinaczki wysokogórskiej z zabezpieczeniami, czyli linami, karabinkami, systemem kołowrotków, asekuracją drugiej osoby i innymi bajerami. Wyścigi uliczne, to także wspinaczka, ale bez zabezpieczeń. Jesteś tylko Ty, motocykl i droga. Popatrzcie na ten film a przyznacie, że to coś niesamowitego!

Póki co jednak zdecyduję się na starty w konsolowej odmianie wyścigów drogowych, a także kibicowaniu i wspieraniu innych w tym cyrku (pozdrawiam zespół Prędki Racing Team i trzymam za Was kciuki!). Ja poczekam sobie troszkę, dorosnę i przemyślę temat. Zapewne nigdy się nie odważę, bo strach mnie przygniata, ale kto wie co będzie jutro. Jest światełko w tunelu, a nazwa się „klasa 125 SP”. Tu nie ma takich prędkości i przyspieszeń jak w dużych pojemnościach. Ryzyko skutków ewentualnego błędu w trakcie jazdy jest znacznie mniejsze, a zabawa podobna. Może więc to jest moja droga…? Czas pokaże.
Piszcie o swoich przemyśleniach na ten temat. Kto jedzie w tym roku?

Hej!
Kamel

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *