Początki torowania –
„Speed Day” Tor Poznań (2015)

Dzisiejszy wpis będzie zbiorem moich przemyśleń na temat postrzegania tego kim jesteśmy w kontekście motocyklizmu i jak nasze umiejętności, plany i marzenia oceniają inni. Na wstępie zaznaczam, że nie jestem Markiem Marquezem, ani nawet jego dalekim kuzynem, dlatego też nie potrafię jeździć tak jak on, ani być tak zajebiście popularny. Podzielę się za to moimi osobistymi, czteroletnimi doświadczeniami w materii jazdy torowej i 19 letniej karierze motocyklisty. Chciałbym pokazać Wam, że jestem zwykłym chłopakiem, a nie sztucznym kozakiem z wymuskanych i podkręconych zdjęć na #instaphoto jakich dziś wiele. Chcę dziś stanąć przed Wami i powiedzieć, że jestem tak samo zwyczajny, jak 99% ludzi na świecie i wszystko w życiu jest możliwe. Nawet ściganie się na największych imprezach motocyklowych, albo zarażenie swoją pasją ukochaną osobę.

Radość drugiej połówki ze wspólnej pasji jest bezcenna. – Karkonosze (2016)

Gdy na dobre zacząłem przygodę z motocyklami, a było to dokładnie 19 lat temu, moim celem była po prostu jazda. Nikt z naszej paczki nie wnikał wówczas, czy trzymamy kierownicę tak, a nie inaczej, nikt nie zastanawiał się czy siedzimy na motocyklu prawidłowo, albo czy transferujemy masy jak należy. Nieważne było, czy mam kombiak alpiny, czy ramoneskę z biedrony, albo nową R1, bo R6 jest przecież dla leszczy. Nikt nie wrzucał do sieci odjebanych w Photoshopie zdjęć na motocyklu, albo selfiaczków z zajebistymi postaciami światowego motorsportu. Byliśmy po prostu ekipą znajomych z jednej okolicy, podzielających wspólną pasję. Kwestia towarzyska była po prostu czymś zajebistym, naturalnym i najważniejszym. Zapewne w całym kraju takich „ekip” było wiele. Jednak z czasem pojawiła się żądza większej prędkości (oczywiście na prostych, bo tylko w tym byliśmy zajebiści) i mniej lub bardziej mądre zachowania. Spotkania na „domówkach” i wspólne oglądanie filmików o amerykańskich stuntersach dodawane na płytach CD w miesięczniku Świat Motocykli miały w tym oczywiście swój spory udział. Cofając się jednak pamięcią do tamtych lat, odnoszę wrażenie, że mimo wszystko było jakoś tak bezpieczniej na drogach. Może przecenialiśmy wówczas swoje umiejętności i tak już to zarejestrowałem w pamięci? Z drugiej jednak strony 19 lat temu ruch na drogach wyglądał zupełnie inaczej niż dziś. Na pewno nie było takiej ilości samochodów jakie teraz każdego dnia przemieszczają się po drogach, ani tak powszechnej, pojebanej agresji i roszczeniowości wśród kierowców. Dziś wystarczy spojrzeć się na takiego cwaniaka jadącego biało-niebieską szachownicą, by ten rzucił się na Ciebie z mordą, opluwając sobie przy okazji szybę resztkami kebaba, którego właśnie przed chwilą skończył wpieprzać. Inteligencji, a także życzliwości było zatem jakby więcej.

Druga połowa lat dwutysięcznych. Jazda uliczna, wycieczki bliższe i dalsze, lekki stunt, czy szaleńcze prędkości były fajne, ale mi potrzeba było czegoś więcej. Czułem, że mogę rozwinąć swoje umiejętności, co wywołało we mnie coś na wzór oświecenia. Zacząłem szukać możliwości rozwoju mojej jazdy w sporcie motocyklowym. Nie istniało wówczas coś takiego jak track day’e, ani instruktorzy doskonalenia techniki jazdy, nie mówiąc już o powszechnym dostępie do instruktorów czy trenerów sportu motocyklowego. Do takich ludzi mieli dostęp raczej tylko prawdziwi kozacy z grubą forsą – zawodnicy. Postanowiłem napisać do młodego wówczas, a już utalentowanego w sporcie motocyklowym zawodnika Pawła Szkopka z prośbą o wskazanie drogi, jaką można w ten sport wejść. Odpowiedź Pawła była jakże oczywista – forsa. A ja durny oczywiście myślałem, że to będzie talent. Pokażę się raz, maksymalnie dwa razy na Poznaniu i na pewno ktoś mnie wyczai. Będę zajebisty… Otóż tak nie było. Obok umiejętności, potrzebna była forsa! Dużo forsy… Co na tamte czasy oznaczało jeszcze więcej forsy i właściwie niewiele się zmieniło do dziś. Niestety taką kasą mało kto dysponował w tamtym czasie. Zszedłem więc z mojej mentalnej sceny pokonany systemowo. Czułem się jakby mi ktoś ukradł marzenia. Przekulałem się więc po drogach publicznych kolejne kilka lat wraz z narzeczoną, gdy na rynku pojawiła się oferta treningów organizowanych przez Speed Day, jakoś w 2013 roku. Pojechałem wówczas na swój pierwszy, nieformalny trening.

Tak! Torowaniem moją Gosię też zaraziłem! 😀 –
„Speed Day” Tor Poznań (2016)

A że byłem już starym capem, to czasy były średnio śmieszne. Dodatkowo problemy z kręgosłupem jakich nabawiłem się kilka lat wcześniej zapieprzając na różnych budowach, aby nazbierać kasę na wyścigi sprawiły, że wszystkie plany bycia tym zajebiście szybkim i utalentowanym zawodnikiem poszły się dymać. Zrozumiałem, że kozakiem nie zostanę już nigdy! Co najwyżej średnio dobrą pizdą. Jednak to nie parcie na wynik pozwolił mi znaleźć motywację. Każde zawody to strach. Czy to, jak wystartuję w kolejnej rundzie nie będzie źle ocenione? Co powiedzą kumple? Czy znajomi nie będą się śmiać? Jestem przecież stary i nie mam super predyspozycji do bycia zajebistym zawodnikiem. Musiałem się z tym zmierzyć. I początkowo było tak, że dawni kumple darli łacha, ze oto jedzie zajebisty ścigant – mistrz świata. Pojedzie dwa razy i tyle będzie z tego jego pierdolenia o wyścigach. Oczywiście wszystkie komentarze jechane były za moimi plecami, ale Polska to mały kraj i wieści rozchodzą się dość szybko. Wówczas zrozumiałem, że w dupie mam takie przyjaźnie i po prostu będę robił swoje. Że nie warto jest starać się być kimś zajebistym dla kogoś i na siłę. Bycie na siłę kimś, kim i tak nie zdołasz być ku uciesze pseudo przyjaciół to słaby pomysł. Nie jestem osobą, która pasie tłusty tyłek i chleje browce na tapczanie przed telewizorem, ale oczywiście wie najlepiej jaki jesteś i kim zostaniesz. Zdałem sobie sprawę, że to zazdrość i lenistwo jest źródłem wszechogarniającej nas zawiści. Ludzie zazdroszczą innym tego, że tamci coś robią, ale sami są zbyt leniwi i niezmotywowani do tego, aby osiągnąć wyżyny swoich możliwości.

Dlatego strach przed opinią o samym sobie olałem rezygnując z niepotrzebnych mi do niczego, toksycznych przyjaźni. I prawdę mówiąc miałem wyjebane na to, czy to przysporzy mi jeszcze więcej wrogów, czy nie. Dało mi to coś więcej. Uwolniłem się od buractwa, bo odsiałem chwasty od prawdziwych, bezinteresownych przyjaźni. Zyskałem otoczenie ludzi, którzy są przy nas niezależnie, czy będziesz mistrzem świata, czy zwykłym cieciem. To oni sprawili, że strach minął. Sama data zawodów oczywiście nadal wywołuje we mnie obawy, ale i mobilizację, a sam strach jest już zupełnie inny, niż ten sprzed lat. Wszyscy sportowcy, nie tylko zawodnicy motocyklowi czują lęk przed zawodami. To jest normalne, a jeśli ktoś twierdzi, że nie boi się przed rywalizacją zwyczajnie pieprzy herezje. Wszyscy bez wyjątku są rozpierdoleni na łopatki, a tylko robią dobrą minę do złej gry uzewnętrzniając pozorny luz i radość. Każdy dzień przed zawodami jest z coraz większym strachem. Lęk i wywołany nim stres w dniu zawodów jest tak duży, że boli cię żołądek, oblewają Cię zimne poty, a sranie jest dalsze niż sięga wzrok. Ale to własnie jest normalne! Rywalizacja wywołuje adrenalinę, a ta instynkty pierwotne – tj. walcz, lub spierdalaj. Stres ogarnia nasze ciało i umysł, ale oczywiście zaciskasz zęby w sztuczny uśmieszek i strzelasz te kozackie foteczki na insta., żeby pokazać niedowiarkom, że oto jesteś właśnie tu, na gridzie. W takich chwilach pokonuję swoje słabości, odnajduję motywację i próbuję walczyć! Pokonuję sam siebie i to jest właśnie mój trening. Każde zawody, każda forma rywalizacji ternuje mojego ducha i charakter. Pozwala znaleźć siły, gdy wszyscy inni już wymiękli, lub mają w dupie moje problemy, bo przecież każdy żyje swoim życiem. Mogą ewentualnie pośmiać się z ze mnie i zatrzeć ręce, gdy coś w życiu nie idzie. Ale dzięki temu, że jadę na te zawody, pozornie nie wnoszące nic do mojego sportowego życia jestem silniejszy na co dzień. Wiem, że nie będę żadnym zawodnikiem MotoGP, ale dzięki temu, że walczę nie dam zbyt łatwo dupy w codziennym życiu, gdy trzeba będzie zająć się biznesem w kryzysie, zostać zajebistym ojcem dla swoich dzieci, albo zaopiekować się chorą żoną zamiast spierdolić w objęcia kochanki. Nie uciekam więc od problemów które mnie gniotą, tylko ubieram rękawicę i leję ten mój los po mordzie. Może nie zawsze skuteczne, ale walczę.

Radość torowania – „Speed Day” Tor Poznań (2014).

Sport jest trenerem nie tylko naszego ciała, ale i charakteru. Nieważne, czy trenujesz jazdę motocyklem, gimnastykę, czy szachy. Granica naszych możliwości jest naprawdę wysoko. Jednak dla większość z nas to kosztuje zbyt wiele wysiłku. Wolimy krytykować i naśmiewać się z innych, zamiast samemu zmienić jakość swojego życia. Dlatego jeśli to czytasz chciałem powiedzieć Ci, żebyś nie wstydził się swoich marzeń i zawalczył o nie. Jeśli Twoją pasją jest poezja, ale ukrywasz to w swojej głowie, zmień to! Może Twoja poezja będzie najlepiej sprzedającym się tomikiem w historii? A może boisz się iść na siłownię, bo jesteś gruby/gruba i na pewno inni będą się z Ciebie śmiać? I niech się kurwa śmieją! Nie każdy urodził się atletą, ale Ty pokazujesz własnie, że masz charakter i chcesz w swoim życiu coś zmienić, zamiast hejtować siebie i innych. Nie musisz od razu być reprezentantem Polski. Wystarczy, że przebiegniesz swoje pierwsze 2km, pojedziesz pochodzić po górach, albo nauczysz się grać na gitarze o czym zawsze marzyłeś, ale jakoś tak nie było okazji. Po prostu spróbuj!

Wspólna pasja trwa – Puchar Polski Moto3 (2018)

Na koniec synteza z przesłania, jakie przekazał jakiś czas temu jeden z moich motywacyjnych idoli, nie kto inny jak Dziki Trener. Otóż wspomniał cholerną prawdę, że czas spierdala niezależnie od tego kim jesteśmy i co w życiu robimy. Dlatego nieważne skąd bierze się Twój strach walcz o swoją radość w życiu! Zmień je zmieniając swoje myślenie, bo czas biegnie tak szybko, że zanim się oglądniemy będziemy już tylko czyimś wspomnieniem. Dlatego pokaż sam sobie, swoim bliskim i niedowiarkom, że wreszcie masz jaja i dasz radę zmierzyć się ze swoimi słabościami. Zmień jakość swojego życia, bo wszystko jest w nim możliwe, a na pewno Twoje lepsze jutro!
Tego Wam serdecznie życzę kochani z całego serca i jak macie ochotę wyładować się emocjonalnie tak jak ja, to moja tablica i skrzynka mejlowa jest do Waszej dyspozycji. Piszcie śmiało!

Hej!
Kamel.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *